Michał Piekara
Łzy uzdrowienia
Zbliżała się już godzina 22, za oknem było zupełnie ciemno. Rozmawialiśmy już piątą godzinę. Na stole stały trzy filiżanki z herbatą, a wokół nich przemoknięte chusteczki higieniczne.
B.SZTAJNER/NIEDZIELA
Michał PiekaraZ żoną Urszulą założył Fundację Rodzin Pełna Chata. Autor artykułów, audycji radiowych i telewizyjnych poświęconych budowaniu dojrzałego narzeczeństwa i małżeństwa
Zbliżała się już godzina 22, za oknem było zupełnie ciemno. Rozmawialiśmy już piątą godzinę. Na stole stały trzy filiżanki z herbatą, a wokół nich przemoknięte chusteczki higieniczne. Naprzeciwko mnie siedziała para małżeńska: Marcin – dobrze zbudowany mężczyzna koło trzydziestki, był roztrzęsiony i do głębi wzruszony; Justyna – kilka lat młodsza od niego, elegancka kobieta z rozmazanym od łez makijażem. Właśnie jako małżeństwo zaczęli nowe życie. Jednak jeszcze kilka godzin temu byli zdecydowani porzucić dotychczasowe ideały i wziąć rozwód. Byli gotowi obarczyć dwójkę swoich małych dzieci brzemieniem zniszczonej rodziny i rozdartej miłości. Tak się jednak nie stało. Doświadczyli uzdrowienia swojej poranionej relacji, ponieważ otworzyli się na Boże przebaczenie.
Historia ta jest historią wielu małżeństw, którym towarzyszyłem lub towarzyszę w procesie ratowania małżeńskiej miłości. Za każdym razem ze zdumieniem obserwuję, jak Bóg dotyka serc tych dwojga i kruszy wszystko co sprawiało, że byli zgorzkniali, zamknięci na pojednanie, złośliwi, agresywni w słowach, a niekiedy czynach. Bóg dał mi łaskę patrzenia na to, jak On sam działa i leczy to, co jest nierozerwalne – małżeńską miłość.
Marcin i Justyna byli zdecydowani na rozwód. Coś (a raczej Ktoś) pchnęło ich jednak do tego, by po raz ostatni spróbować i poszukać pomocy. Kiedy się z nimi spotkałem, oboje przypominali wrak człowieka. W ich sercach tlił się maleńki płomień nadziei, że jednak ocalenie ich małżeństwa jest możliwe. To właśnie ta iskierka nadziei była punktem wyjścia w naszej rozmowie. Opowiadali dłuższą chwilę swoją historię oraz przedstawiali obecne trudności. Olbrzymie trudności, wśród których nie brakło przemocy, wulgarnych wyzwisk, zdrady, złośliwości. Nie potrafili sobie przebaczyć zranień z ostatnich kilkunastu miesięcy. Wiedziałem, że bez autentycznego przebaczenia nie będzie możliwe rozpoczęcie procesu uzdrawiania ich relacji. Zaproponowałem, abyśmy się pomodlili. Byli zaskoczeni taką propozycją, jednak zgodzili się. Wspólnie modliliśmy się. Po kolei oddawaliśmy Bogu wszystkie ich sprawy, ich samych. Opowiedziałem im historię, którą doskonale znali, ale chyba po raz pierwszy zrozumieli: o pewnym Galilejczyku, który oddał swoje życie za nasze grzechy. Powoli zaczynali rozumieć, jak wielką miłością ukochał ich Bóg. Ich serca otwierały się na przebaczenie sobie nawzajem. W pewnej chwili lód w ich sercu pękł i wtedy polały się łzy. Łzy uzdrowienia. Ja zamilkłem. Oni zaczęli mówić. Przepraszać. Rzucili się sobie na szyję. Wiedziałem, że Bóg dotknął ich serc. To, co działo się w tamtej chwili, jest pewną tajemnicą, której nie potrzeba wyjaśniać. Opowiadam ci o niej, ponieważ w tamtej chwili doświadczyłem, że bez Boga nie sposób zbudować trwałego, szczęśliwego małżeństwa. Dlatego módl się i oddawaj już teraz Bogu twoje przyszłe lub obecne małżeństwo. Z Nim wszystko jest możliwe, a największe trudności do pokonania. Bo, jak czytamy, „w Bogu dokonamy czynów pełnych mocy!” (Ps 60, 14a).
Przed Marcinem i Justyną długa droga. Wiem to ja, wiedzą to oni. Ale tym razem nie wyruszają w tę trudną i wymagającą podróż, jaką jest małżeństwo, sami. W ich sercach dokonała się przemiana. Zaufali, że po ich stronie kroczy Bóg, który doda im sił, podźwignie z upadku. Ale nade wszystko ten Bóg, który sam pokazał, że miłość zawsze polega na przebaczaniu. Choćby nawet przebaczenie to miało wieść na Golgotę.




















