Jak Boga kocham!

Jezus uratował moje życie

Jego młodość to alkohol, narkotyki, agresja i poprawczaki. Był o krok od samobójstwa, idąc jednak za głosem serca, poszedł „z buta” do Maryi, do Medugorje. Bartek Krakowiak opowiada o tym, jak odnalazł prawdziwy sens życia.

Damian Krawczykowski: Czego najbardziej brakowało Ci w młodości?

Bartek Krakowiak: Najbardziej chyba takiego zwykłego zrozumienia i wsparcia. Nie chcę nadużywać słowa „miłość”, bo jest zbyt ogólnikowe. Brakowało mi takiego podstawowego zainteresowania mną ze strony rodziców.

Starałeś się jakoś wypełniać te „domowe braki”?

Na samym początku, gdy byłem jeszcze małolatem – miałem poniżej dziesięciu lat – to podstawową ucieczką byli kumple, ulica i osiedle. Tam czułem się dobrze, wśród ludzi z takich samych domów jak mój. Później w wieku dorastania zaczęły się pojawiać w moim życiu narkotyki, alkohol, agresja. To były te trzy podstawowe rzeczy, za pomocą których uciekałem.

I te rzeczy jakoś zaspokoiły te pragnienia, które nosiłeś w sercu?

Na dzień dzisiejszy wiem, że one były tylko chwilowym zastępnikiem, ale wtedy miałem na to zupełnie inne spojrzenie. Nawet nie myślałem, że to jest ucieczka, tylko że po prostu mam takie zwykłe życie jak każdy człowiek. Wtedy to była dla mnie normalność.

Co się takiego stało, że nagle zmieniło się Twoje spojrzenie?

Odpowiedź jest jedna – Jezus. To mówi wszystko. Moje nawrócenie, poznanie Boga, żywego, który jest tu i teraz i który prawdziwie zmartwychwstał. Gdy zacząłem w to wierzyć, gdy zacząłem widzieć to wszystko, co Bóg dla mnie robi – skłoniło mnie to do tego, żeby się zmienić. Był to dla mnie taki naprawdę mocny cios. Bóg pojawił się w moim życiu. Później było mi przed Nim wstyd, żeby robić takie rzeczy, jakie robiłem, mimo że nadal miałem na nie ochotę.

A w jaki sposób trafiłeś na Boga?

Zaczęło się od tego, że moja ciocia nawróciła się po trzydziestu latach. Zaczęła mnie tą wiarą jakoś tak „atakować”. Jej koleżanka, którą później poznałem, zaproponowała mi wyjazd na rekolekcje. Pojechałem tam i zobaczyłem rzeczy, których nigdy w życiu nie widziałem. Kościół, którego nie znałem. Wcześniej Kościół traktowałem tak, jak przeważnie się go traktuje, gdy jest się niewierzącym: tylko to, co w mediach, samo zło. A tam zobaczyłem zupełnie coś innego. Uwielbienie, cuda, uzdrowienia – niesamowite rzeczy, które się tam działy. Zrozumiałem wtedy, że to nie jest żadna ściema, że naprawdę coś jest na rzeczy. Te rekolekcje to był taki pierwszy strzał. Nie mówię, że to już było nawrócenie, ale takie pierwsze spotkanie z Bogiem.

Później wyruszyłeś w swoją już bardzo dobrze znaną wędrówkę „z buta” do Maryi, do Medugorje. Dlaczego akurat tam, dlaczego Maryja?

Nie mam pojęcia dlaczego. Modliłem się wcześniej, rozmawiałem z Bogiem, aby zabrał mi wszystko, co mam, by zajął się moim życiem w stu procentach. I w tym momencie poczułem, usłyszałem w sercu, że mam iść do Medjugorie. O tym miejscu wcześniej słyszałem może raz w życiu, że podobno Maryja się tam objawia, ale wtedy nie wierzyłem w takie rzeczy. Naprawdę nie wiem, dlaczego akurat to miejsce, ale widocznie nie muszę wszystkiego rozumieć (śmiech).

A jak wyglądała sama pielgrzymka? Czułeś obecność Boga?

Obecność Jezusa czułem na każdym kroku. Znalazłem się też w takiej sytuacji, że nie miałem noclegu, nikt nie chciał mnie przyjąć. Odkryłem wtedy taki domek w lesie, totalnie gdzieś schowany. Ktoś w nim składował drewno. Nie było tam drzwi, tylko taka konstrukcja z desek. Przed wejściem leżało świeżutkie drewno, jakby ktoś przed chwilą, przed sekundą je wyciął – na rozmiar drzwi, których nie było. Żebym mógł sobie to schronienie zamknąć na noc. Rano się okazało, że wokół tego domku biegało stado dzikich psów. Jakby tam wpadły, toby mnie rozszarpały. Wtedy pomyślałem sobie, że Jezus był stolarzem, a tu takie świeże drzwi na mnie czekały...

Podczas całej trasy Jego obecność czułem namacalnie i fizycznie. Wiedziałem też, że ta podróż do Matki Bożej jest taką podróżą przez Nią do Boga. Miałem takie wrażenie, że kiedy dotrę do Medugorje, czyli do miejsca, które jest kojarzone z Maryją, Ona da mi wskazówkę, w którym kierunku powinienem iść. I tak też się stało.

Teraz masz szczęśliwą rodzinę, żonę, synka... Gdybyś, powiedzmy, dziesięć lat temu wyobraził sobie swoją przyszłość, to pomyślałbyś, że tyle otrzymasz od Boga?

Nigdy w życiu nie uwierzyłbym w to, co się stało. Od powrotu z Medugorje upłynęły już 4 lata. W tym czasie wydarzyło się tak wiele rzeczy, że sam nie wierzę, iż aż tyle mogło się wydarzyć przez ten okres. Moje życie wcześniej wyglądało ciągle tak samo. Siedziałem pod blokiem i tak upływały mi kolejne dni. A teraz dzieje się tak wiele. Małżeństwo, narodziny dziecka, dołączenie do wspólnoty i poznanie superludzi, ewangelizacja. Masa pięknych rzeczy, naprawdę. To jest totalnie poza mną. Nie dowierzam, że takie rzeczy mogą się dziać.

Często spotykasz się z młodymi ludźmi. Co poleciłbyś osobie, która cały czas poszukuje sensu życia? Jak mogłaby zacząć szukać w swoim życiu Boga?

Na to pytanie bardzo trudno odpowiedzieć, bo każdy człowiek jest inny, każdy potrzebuje czegoś innego w danym momencie. Mam do czynienia z ludźmi żyjącymi w patologii i oni potrzebują zupełnie innej motywacji, innego „kopnięcia”. Ktoś, kto pochodzi z dobrego domu, potrzebuje też czegoś innego. Ale wydaje mi się, że każdy z nas potrzebuje otwartości – na drugiego człowieka, na pomoc, a także na to, gdy ktoś mówi o Bogu. To chyba łączy wszystkich ludzi. Do jednego trafią słowa księdza, do innego świeckiego ewangelizatora, do jeszcze innego przesłanie Pisma Świętego. Są różne drogi, różne ścieżki, ale warto być po prostu otwartym. 

Damian Krawczykowski

Niedziela Młodych 2/2021

Miesięcznik [4/2021]

Bohaterowie kiedyś i dziś

19 września jest Światowym Dniem Dawcy Szpiku? Wiesz, że gdzieś na świecie może być twój bliźniak genetyczny potrzebujący właśnie twojej pomocy?

Czytaj PDF
Polecamy

Selfie smartfonem Boga

Smartfon jest pod ręką, w każdej chwili możesz zrobić sobie selfie – aby znów zobaczyć siebie. Ale czy to, co zobaczysz na wyświetlaczu, będzie prawdą o tobie?

Zobacz