Trudne sprawy

Zmień myślenie

Największą moc „nawracania” innych ma nasza wiara, którą widać. Nie chodzi o to, aby sztucznie ją pokazywać, ale by promieniowała sama z siebie.

Pismo Święte zazwyczaj łączy słowo „nawracać” z zaimkiem „się”. Mamy zatem w pierwszym rzędzie nawracać siebie samych, nie innych. Zresztą – nikt z nas nie chciałby, aby ktoś do nas przyszedł z zamiarem naszego nawrócenia. Zwrócił na to uwagę ks. Jan Twardowski, który w jednym ze swoich wierszy napisał: „Nie przyszedłem pana nawracać”. Chyba szczególnie wrażliwi na tym punkcie są młodzi ludzie. Lubią czuć się wolni i niezależni. Można by z przymrużeniem oka zacytować popularnego mema, który streszcza postawę młodzieży: „Nie będziesz mi mówił, jak mam żyć”. Jak zatem wpłynąć na wiarę drugiego człowieka? Jak to zrobić, niczego nie narzucając?

Być z drugim

Pewne światło na ten temat rzuca nam Biblia. Pan Jezus po swoim zmartwychwstaniu daje Apostołom takie zadanie: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28, 19). Jest to najpopularniejsze tłumaczenie tego fragmentu, ale w tekście oryginalnym nie ma mowy o „nauczaniu”. Dosłownie jest tam napisane: „Idźcie więc i pozyskujcie uczniów”. Jest istotna różnica między „nauczaniem” a „pozyskiwaniem uczniów”. Sam Jezus zdaje się nam ją pokazywać. Owszem, On naucza swoich uczniów, ale przede wszystkim z nimi jest. Przez 3 lata w dzień i w nocy. Podróżuje z nimi, rozmawia, posila się, żartuje. Jest ich Przyjacielem. Dzięki temu dokładnie uczniowie poznają swojego Mistrza, Jego sposób myślenia i postępowania. W ten sposób dopiero stają się Jego prawdziwymi uczniami. Ten proces dokonuje się zatem nie tyle przez głoszenie nauki, ile przez „bycie z”. Ktoś zmienia swoje życie, ponieważ pociąga go przykład drugiego. Widzi jego radość, pogodę ducha, nadzieję, uśmiech i również chce taki być. Myślę, że dziś jest to najważniejsza droga przekazu Ewangelii, szczególnie wśród młodych ludzi. Oni chcą zobaczyć, że to naprawdę „działa”, a nie jest tylko piękną teorią. Jeśli pragniemy kogoś „nawrócić”, to zwyczajnie bądźmy z nim i bądźmy sobą. Największą moc „nawracania” innych ma nasza wiara, którą widać. Nie chodzi o to, aby pokazywać ją sztucznie, ale by promieniowała sama z siebie – np. przez pokój serca pośród przeciwności, szacunek wobec jego braku u innych czy mądrość wśród masowej przeciętności. Święty Jan Maria Vianney powiedział: „Gdy cię nie pytają, o Bogu nie mów, ale żyj tak, żeby cię o Niego zapytali”.

Chodzi o mnie

Mówiliśmy na początku o ważnym słowie „się”. Mamy najpierw nawracać samych siebie, nie innych. Czym zatem właściwie jest nawrócenie? Po grecku (czyli w języku Nowego Testamentu) nazywamy je metanoia. Oznacza ono zmianę myślenia. To ważne. Każda prawdziwa zmiana w naszym życiu zaczyna się od zmiany mentalności. Z tego następnie rodzi się poprawa postępowania. Gdybyśmy odwrócili tę kolejność, wówczas nawrócenie byłoby tylko zewnętrzne i powierzchowne – robię coś lepiej, ale w sercu pozostaję taki sam. Nie o to chodzi. Istotę nawrócenia ujmuje św. Paweł w Liście do Rzymian: „Przemieniajcie się przez odnawianie umysłu” (12, 2). Chodzi więc o to, abym ja coś zrozumiał, abym dostrzegł więcej, abym wreszcie coś głęboko poczuł i dzięki temu zmienił swoje życie. Jak to zrobić? To trudne. Po pierwsze, warto pamiętać, że nawrócenie jest łaską. Księga Lamentacji zawiera ciekawe stwierdzenie: „Nawróć nas, Panie, do Ciebie wrócimy” (5, 21). To Pan Bóg jest sprawcą naszego nawrócenia. On posługuje się często naszą bezradnością i cierpieniem, aby nam coś uświadomić. Ojciec Wojciech Ziółek, jezuita, powiedział: „Jedynie bolesne doświadczenie własnej nędzy może nas podprowadzić do nawrócenia. Silna wola nic tu nie pomoże”. Niewłaściwe byłoby więc nadmierne „spinanie się”, żeby coś zmienić w swoim życiu – taka postawa odbywa się ze szkodą dla zdrowia psychicznego człowieka. Bardziej chodzi o otwarcie się na zmianę. Mogę jednak w zdrowy sposób szukać nawrócenia. Ten proces dokonuje się przez krytyczne spojrzenie na samego siebie, przez rachunek sumienia. Początkiem nawrócenia jest dostrzeżenie zła w swoim życiu, którym jest np. poleganie tylko na pieniądzach, sławie, dobrej opinii albo ukierunkowaniu tylko na własne przyjemności, pomijając dobro innych. W końcu gdy mówimy o nawróceniu, trzeba zaznaczyć, że zazwyczaj zmiany w naszym życiu nie dokonują się raz o 180 stopni, ale bardziej 180 razy po jednym stopniu. Inaczej mówiąc: zwykle nie zmieniamy się z zupełnie złych na świętych, ale bardziej stopniowo zwracamy się ku dobru. Używam tu słów „zazwyczaj” albo „zwykle”, gdyż są ludzie, którzy gwałtownie przeżywają swoje nawrócenie, jak np. św. Paweł pod Damaszkiem. Częściej jednak jest tak, że mamy wiele damaszków w swoim życiu. Jedne są większe, drugie mniejsze. Tak naprawdę całe życie się nawracamy. Dojrzały chrześcijanin nie powie: „Ja już osiągnąłem taki poziom, że nie potrzebuję nawrócenia”. Raczej stwierdzi, że choć cieszy się swoim życiem i daje mu ono wiele radości, to wie, że jeszcze w różnych miejscach w swoim sercu jest słaby i ma wiele w tej kwestii do zrobienia. Chrześcijanin to człowiek nieustannego nawracania się.

Ks. Wojciech Biś

Niedziela Młodych 7/2021

Miesięcznik [7/2021]

Jezus kołem ratunkowym

Grudzień to czas podsumowań. Święta, koniec roku zawsze skłaniają do przemyśleń. Ale to także idealny czas na nowy początek. Przecież coś się kończy, a coś innego się zaczyna, prawda?

Czytaj PDF
Polecamy

Selfie smartfonem Boga

Smartfon jest pod ręką, w każdej chwili możesz zrobić sobie selfie – aby znów zobaczyć siebie. Ale czy to, co zobaczysz na wyświetlaczu, będzie prawdą o tobie?

Zobacz